Trudność w pisaniu o sztuce polega na tym, ze próbujemy zamknąć w słowach i znaczeniach rzeczy nieraz bardzo delikatne, ledwo uchwytne. Im bardziej próbujemy „wytłumaczyć” czy też nawet „przetłumaczyć” język sztuki, tym mocniej czujemy, że wymyka się nam jej prawdziwy sens.

Umberto Eco stworzył pojęcie „dzieła otwartego” – struktury niepoddającej się dosłownemu porządkowi przyczynowo – skutkowemu, nieciągłej, możliwej do uzupełnienia przez odbiorcę. Zostawienie przestrzeni dla odbiorcy, sugestywna niejednoznaczność wyrażająca istotę rzeczy (zamiast ją opisywać i tym samym zasłaniać) jest także cechą twórczości Jerzego Bonińskiego.

Zdjęcia artysty są bardzo zmysłowe. Uwodzą nas barwą, światłem, kompozycją. Jednak przy zetknięciu z nimi możemy, paradoksalnie, poczuć również dziwny niepokój.

Roland Barthes wyróżnił studium i punktum, gdzie studium stanowi bezosobową, neutralną obserwację, punktum zaś jest jak niespodziewane ukłucie igły, moment „wyrwania” z porządku czasu, intuicyjny impuls. To punktum odpowiada za niejasne odczucie niepokoju, tym samym nie pozwalając nam pozostać w stanie nieporuszonego niewidzenia.

Co może stanowić źródło niepokoju u oglądającego fotografie Jerzego Bonińskiego?

Artysta tworzy kompozycje ze zwyczajnych na pozór przedmiotów, ustawianych naturalnie – tak, jak układa się książki na półce. Przedmioty wydają się dostępne, blisko nas – „na wyciągnięcie ręki”. Światło sugeruje pogodny nastrój, intensywny, słoneczny dzień. Pozornie nic się nie dzieje.

Gdy zaczynamy jednak głębiej wnikać w zdjęcia, niepostrzeżenie zauważamy, że elementem kompozycji jest zastygła w ekstatycznym grymasie odcięta głowa. Dostrzegamy pęknięcie na kubku, naprawione ręką sprawnego rzemieślnika, nieobecnego, niepotrzebnego już w naszych czasach seryjnej produkcji. Zatrzymujemy się na ludzkim wyrazie oczu klowna. Zaczynamy nagle czuć, jak widzi autor, stajemy się świadkami procesu patrzenia, procesu powstawania obrazu. Artysta wydaje się być tuż obok.

Kontemplacyjne niezdeterminowane widzenie, patrzenie światłem, barwa, kompozycją, umiejętność uchwycenia w detalu całej złożoności świata jest spojrzeniem malarza i ujawnia się niezależnie od medium, które Jerzy Boniński wybierze do realizacji konkretnych prac. Użycie fotografii akurat w tym cyklu podkreśliło bezpośredniość śladu, odcisku świata. Wybór fragmentu rzeczywistości i czasu, w jakim go zatrzymamy, jest już wystarczającą interpretacją. Tym bardziej, że autor nie poprzestaje na wyborze jednego obiektu. Zderza ze sobą dwa lub kilka z nich, łączy nieraz obrazy powstałe w różnym czasie i przestrzeni. Przypomina to działania surrealistów czy eisensteinowski montaż atrakcji stojący u źródeł współczesnego kina. Intuicyjne, nieskrępowane skojarzenia są rodzajem monologu wewnętrznego autora, możemy zbliżyć się do myśli niezakrytych jeszcze słowami, niezamkniętych w znaczeniu.

Autor nie daje odpowiedzi, dlaczego zestawił ze sobą akurat takie przedmioty, często z marginesu, stare, zużyte, dlaczego sięga po fotografie obciętych głów. Zostawia tylko ślady, w których uważny obserwator może dostrzec główne obszary zainteresowań artysty, jego przeczucia na temat otaczającej go rzeczywistości. Może dostrzec także obrazy archetypowe i symbole tkwiące w naszej nieświadomości. Prawdopodobnie przed wynalezieniem języka ludzie komunikowali się poprzez wskazywanie na konkretne przedmioty. Szklanka wody, głowa bez korpusu, odwrócone lustro, kolor nagiego ciała, pomalowane na czerwono paznokcie, nogi zmierzające naprzód…

Wizualny monolog wewnętrzny – zapis procesu patrzenia będzie się zmieniał, przekształcał, zamazywał wraz ze zmianami, jakie zachodzą w artyście i otaczającym go świecie. Zawsze jednak pozostanie niedokończony, tak jak nie sposób zakończyć nagle naturalnych procesów życiowych – rodzenia się, rozkwitania, dojrzewania, starzenia się, zanikania.

Alberto Giacometti uważał, że zdarzenia, które nam się przytrafiają, osoby i emocje, których doświadczamy na swojej drodze, w niczym nie zmieniają naszej sytuacji podstawowej, czyli samotności wobec śmierci. Uważał, że każdy jest samotny w pewnym sensie, co odzwierciedla się w jego zawsze odrębnym postrzeganiu, widzeniu, odczuwaniu.

Podobny rodzaj niepokoju egzystencjalnego, działania naznaczonego samoświadomością i poczuciem odrębności znajduję w postawie Jerzego Bonińskiego. Artysta w bardzo współczesny sposób, łącząc spojrzenie malarza z medium, jakim jest fotografia, dotknął tajemnicy czasu, przemijania. Połączył „realność” przypisywaną fotografii z wrażliwością malarza oraz intelektualisty pragnącego zyskać samowiedzę.

Świadomość nieuchronności pewnych procesów wzmaga często odczuwanie intensywności istnienia. Artysta uwodzi nas swoimi fotografiami. Gdy wkroczymy w jego świat, zauważymy jednak, że intensywność estetyczna idzie w parze z intensywnością obserwacji, która nie pozwala na konsumowanie czysto estetycznych doznań. Wizualne piękno zestawione jest z fragmentami odsyłającymi do dramatycznych nieraz wydarzeń, impulsów „wyrywających” nas z logicznego porządku czasu i kierujących nasze myśli w kierunku kresu. Pomiędzy liniami granicznymi wszystko jest jednak możliwe.

Marta Kawecka, 21 marca 2016

(tekst do katalogu wystawy fotografii w Galerii Muzeum S.Staszica w Pile)

 

Wystawa Dom wieczności przedstawia fotografie Cmentarza Żydowskiego przy ul. Okopowej (przed wojną znanego jako cmentarz przy ul. Gęsiej) w Warszawie. Jest to jedna z największych żydowskich nekropolii na świecie – pochowano tam ok. 250 tysięcy osób, zachowanych jest ok. 100 tysięcy nagrobków. Najstarsze pochówki pochodzą z początków XIX w. Jako miejsce spoczynku bogatszej części społeczności żydowskiej, cmentarz stał się szybko ciekawą galerią sztuki sepulkralnej, często o wysokich walorach artystycznych. Pochowano tu wiele wybitnych osobistości – rabinów, cadyków i talmudystów, ale także osoby, które zapisały się zarówno w historii żydowskiej, jak i polskiej. Spoczywają tu, wśród wielu innych: Ester Rachel Kamińska – wybitna aktorka, założycielka Teatru Żydowskiego, Ludwik Zamenhof – twórca języka esperanto, pisarze – Icchak Lejb Perec, Julian Stryjkowski, historycy – Szymon Askenazy, Majer Bałaban, Maurycy Horn, wielu przemysłowców, finansistów, lekarzy, adwokatów i inżynierów. Znajduje się tu także symboliczny pomnik Janusza Korczaka zamordowanego w Treblince.
Do dziś cmentarz jest czynny, służąc społeczności żydowskiej z Warszawy i okolic.

(tekst z katalogu wystawy Dom wieczności. Muzeum Śląska Opolskiego, 2012)

.

Nie miałam pojęcia, nie przeczuwałam, czym się dokładnie zajmuje. Zaskoczyły mnie te fotografie. Może nie powinny, bo przecież właściwie nie znałam autora, ale pamiętam to zaskoczenie, tę niespodziankę. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale chyba czegoś bardziej surowego, pragmatycznego, czegoś obliczalnego, geometrycznego. Czegoś z pogranicza minimalizmu i konstruktywizmu. Zobaczyłam coś zupełnie innego, malarskiego, subtelnego, osobistego. Pięknie zaaranżowana przestrzeń, ulotne, niedopowiedziane, podglądnięte, tajemnicze. Obrazy bliskie zapamiętane skądś,  w związku z kimś. Jest w nich chęć zatrzymania chwili, emocji towarzyszących czy związanych pewnym układem zwykłych przedmiotów, które, przez ich zestawienie z sobą, tworzą opowieść o chwili. Chwili, która już nie wróci, minęła, przeszła w inny wymiar, a jedyne co pozostało to jej notatka. Piękna notatka, ponieważ Jerzy Boniński notując, przepięknie używa całej gamy subtelności malarskich.

Zestawia piękne kolory, faktury, struktury, tworząc nastrojowe obrazy, gdzie zwykłe przedmioty występują w roli skarbów. Piękno codzienności, lapidaria już niebyłych bytów. Przeszłych, a przez to jeszcze bardziej bliskich i ważnych.

Nie jestem pewna, czy wszystko zrozumiałam, czy wyczułam. Na pewno nie. Zresztą chyba nie o to chodzi.

Bardzo się cieszę, i jestem tego pewna, że mogłam tę wystawę pokazać w naszej galerii.

Agata Wilczek

(tekst do katalogu wystawy w Prudniku)

.

Nie wiem dlaczego moje oczy zatrzymały się na pierwszej fotografii Jurka Bonińskiego, jaką spostrzegłem – okulary wysunięte z etui. Stare okulary, niemodne. Wzbudziły we mnie niepokój. Jednocześnie fotografia ta spowodowała tajemniczą czystość wnętrza. Praca ta otwiera katalog zdjęć otrzymany od autora. Nie wiem, czy to przypadek, czy gest zamierzony. Pewnie tak miało być. Zapowiada on długą, trudną opowieść, pełną napięć, ekspresji, złożoności. Okrytą niejednoznacznością, przenikalnością i niedotykalnością. Zawiera w sobie odpowiedź na skondensowaną mistyfikację nieczłowieczeństwa, będąc jednocześnie jedną z niewielu prawd pokonywania siebie, przechodzenia siebie, darowania sobie ludzkiego gestu zwyczajności i intymności. Jurek wykłada nam na stół, gładki i niesamowicie piękny, wartość bycia sobą. Bycia sobą w kontraście z pięknym światem pijarowszczyzny, gładkich kobiet i pachnących facetów. W kontraście do pozorów cudownego paradisoczasu teraźniejszego postmodernistycznej kultury wypucowanych prezenterów macdonaldczyzny.

Okulary żyją. Są w stanie spoczynku. Archaiczne z pozoru. Świadek i jednocześnie uczestnik bycia. Są nicią ciągłości pomiędzy zdarzającym się a zdarzonym. Czuje się w tej pracy dotyk przeżyć i czegoś nie dającego się zwerbalizować. Mówią – to tylko martwe natury – takie to niemodne. Niemodne? Martwe? Czy natura może być martwa? Martwe są takie stany, które nie żyją. A jeżeli nie żyją, to ich nie ma. Prawda? Nie wydaje mi się, abym spotkał coś, co było pozbawione życia. Jurka prace są formami niepozbawionymi życia. Czyli nie są martwymi naturami. Są zapisem istnienia określonego stanu rzeczy niezbędnego postmodernistycznym opisem i pojmowaniem świata. Jerzy Boniński prowokuje do stwierdzenia; wszystko było? – wszystkiego nie było, nie było mnie a jestem. Bycie poza postmodernizmem daje szansę odwracania stanów przewidywalnych w niedotykalne. Zamykania układów konformistycznych w pudełka metafizyczności. Nabiorą wówczas innego charakteru, będą miały odmienny żywot. Jurek mógł przecież z atrybutów swojej sztuki złożyć popową opowieść. Jednak doceniając siłę niedotykalności, siłę swoistego obrazowania swojej intymnej drogi odwraca przyzwyczajenia postmodernistycznej kultury. Chcę tu i teraz wyświetlić istotę znaczenia twórczości Jurka Bonińskiego. Zawartość doświadczenia wewnętrznego obrazu rzeczywistości w powiązaniu z zaistniałymi w określonym porządku zdarzeniami zewnętrza jest kształtem rodzenia się nowej sztuki. Tak nowej! Już widzę te uśmieszki… Zmęczeni uszablonowaniem życia będziemy się rozglądać za wiernością sobie. Za odkrywaniem znaczenia intymności swojego doświadczenia, doświadczenia swoich korzeni. Przedmiot żyje z człowiekiem – zawsze, nawet wtedy, gdy pozostaje sam. Na nim wyświetlone są gesty, zdarzenia, pragnienia – całe nasze istnienie. Gromadzimy je podług swojego tajemnego planu. Tak, jak postawiamy po sobie ślad bycia. Wpisujemy się w przestrzeń zastaną, która z kolei nas odnotowuje. I tak pozostajemy w kręgu zmagań z sobą i wobec siebie.

Jurek nie opisuje świata. Nie tłumaczy. On go zapisuje. Nakłada na siebie stany zastane i te zwielokrotnione w sobie. Podkreśla trwałość istnienia pomimo niepamięci. Uczłowiecza nieczłowieczeństwo – nadaje mu wyraz wartości wbrew sprawcy. Staje się kreatorem wyzwalającym dotykanie opuszczonego ludzkiego ciała. Zawierającego niepojętą, bezgraniczną ufność w wieczny byt. Jest to zdarzenie, jest to twórczość wynosząca pierwotność człowieka przy całej jego nowoczesności. Jurek otwiera nam teatr, którego głównymi bohaterami jesteśmy my z naszą intymnością. Mamy kreować świat i nie być w końcu podglądaczami innego tak, jak to w wielu przypadkach jest w dzisiejszej sztuce.

Wacław Kuczma, 10 czerwca 2008

(tekst do katalogu wystawy w BWA w Bydgoszczy)

.

„Tworzenie rzeczy nieużytecznych z pełną świadomością, że mogą być niezrozumiałe i zaginąć, szukanie czegoś, co ma znaczenie tak ulotne, to wspaniały gest woli, prawdziwe spełnienie naszej myśli.

Tworzenie ciągłe, nieustające, rodzące się z doświadczenia i marzeń, mogące w każdej chwili zaprzeczyć wszystkiemu, co powstało wcześniej.

Nieoderwane od siebie gesty, ale następujące po sobie różne postacie dzieła jednego życia.

Bez spełnienia i ostatecznego odkrycia, a tylko w stawaniu się, ciągłym dopełnianiu i zaprzeczaniu sobie w tej jedynej drodze ku śmierci.”

Jerzy Boniński

.

Pisanie tekstu do katalogu mającego towarzyszyć wystawie jest sprawa wyjątkową, szczególnie gdy samemu para się twórczością plastyczną. Trudność głównie polega na tym, że wystawa i katalog adresowane są do odbiorcy, jakim jest miłośnik sztuki, a pozostali albo sami są artystami bądź krytykami sztuki lub marszandami – a oni zawsze „wiedzą lepiej”.

Sztuka, jako dziedzina życia, jest fenomenem przedstawiającym rzeczy widziane duchowo i decyduje tu metoda intuicyjnego, duchowego patrzenia, która w subiektywny sposób kreuje stan rzeczy. Artysta, aby stworzyć dzieło ukończone, musi swoje zamierzenia realizować w oparciu o dwie główne przesłanki: „co” i „jak”, by ukształtować swoje wizje i wyobrażenia. Jerzy Boniński jest tego w pełni świadomy.

Wystawa jest zawsze najważniejsza dla samego autora, który wystawia prace na widok publiczny, nie tyle po to, by zmierzyć się z ich odbiorem, ile by samemu móc zobaczyć je w całej okazałości w nowej roli i w innym miejscu niż to, w którym powstały. Świadomy więc odpowiedzialności, jaka na mnie spoczywa, staram się nie przyjmować postawy „objaśniacza”, bo w tej sprawie mam pewność, że wystawione dzieła same zaprezentują się znakomicie.

Do sugestywnego przedstawienia zobaczonych stanów rzeczy wielce pomocny jest kunszt umiejętnego stosowania środków wyrazu, a to jest również jednym z ważnych atutów tego artysty. Pragnę tu zaznaczyć, że znam całą dotychczasową twórczość Jerzego Bonińskiego – malarską i fotograficzną i że cenię go jako osobę i artystę.

Kiedyś Jerzy Boniński prezentował wielkie cykle sfotografowanych martwych natur, niezwykle trafnie zestawionych obiektów. Fotografii tych w żadnym razie nie można skwitować stwierdzeniem, że artysta potrafi umiejętnie eksponować, a co za tym idzie i ustawiać różne przedmioty dla ich sfotografowania. Zawsze bowiem były to dzieła bardzo nośne treściowo, jak też wielce przekonywujące pod względem warsztatu twórczego.

Jerzy Boniński tym razem wprowadza do swoich prac osoby. Są to postacie szczególnie mu bliskie. Także w wielu przypadkach stosuje ograniczenie ukazywanej przestrzeni czy osoby przed lustrem. Ale to lustro to pozorne ograniczenie, a raczej nawet podkreślenie znaczenia rzeczy, bo wszak lustro podwaja obiekt, tworząc tym samym odrębny stan rzeczy. Potęguje działanie, a zarazem w odbiorze nie można pozostać obojętnym, chłodnym i zdystansowanym odbiorcą, a emocje, jakie artysta zawarł w swoich dziełach, muszą siłą rzeczy poruszać wyobraźnię każdego odbiorcy.

Jerzy Boniński jest świadomym i oddanym swemu powołaniu artystą malarzem i jego twórczość wpisuje się w poglądy wyrażone przez wielu teoretyków sztuki i ich przeczucia dotyczące naszej współczesności. I tak na przykład E. H. Gombrich zauważa, ze skutkiem przyjętej obecnie tolerancji nastąpiła utrata kryteriów i gotowość przyjmowania wszelkich „nowości”, a często także grubymi nićmi szytych kompilacji, co może doprowadzić do zaniedbania prawdziwego geniusza, który trudzi się gdzieś nie zważając na modę i reklamę. Twierdzi on dalej, że fascynacja teraźniejszością może łatwo pozbawić nas dziedzictwa, jeżeli zaczniemy traktować dawną sztukę jako tło, dzięki któremu nowe zdobycze miałyby nabierać znaczenia. Także inny artysta, ale i teoretyk, który w Ameryce był stałym uczestnikiem wszelkich awangardowych trendów w drugiej połowie XX wieku, abstrakcjonista i konceptualista Ad Reinhardt, zawsze podkreślał, że nie zapomina, iż jest dzieckiem Cezanne’a i Matisse’a. Również niezmiennie aktualne jest twierdzenie Kandyńskiego, słynnego twórcy Bauhausu w pierwszej połowie XX wieku, że sztuka nie może być pozbawiona duchowości, bo wówczas byłaby może i doskonałym, ale jednak tylko rzemiosłem.

Wobec panującej sytuacji, gdy lansowane są warsztatowo i intelektualnie nieudolne miernoty, a także wątpliwej wartości „wyroby” i działania, postawa Jerzego Bonińskiego jest godna uwagi i podziwu, bo obniżanie poziomu i tolerancja jest groźna nie tylko dla samych artystów, ale przede wszystkim dla sztuki i jej miłośników. Bowiem reklamowany „towar” – nazywany eufemistycznie „projektem” (to słowo w odniesieniu do dzieła sztuki budzi we mnie sprzeciw, gdyż realizację poprzedza faza projektowania; ale może z tego powodu „towar” ten jest taki niedoskonały, że jest właśnie „projektem”? właśnie bycie projektem stanowi o niedoskonałości tego towaru) – próbuje się uznać, jako obowiązującą normę odbioru współczesnej sztuki, powoli i niezauważalnie tracąc wrażliwość na potencjalną siłę piękna i brzydoty, ślepi na próby przekazania im zawartych w dziełach geniuszy głębszych treści. Sita środków masowego przekazu jest nie do przecenienia. Mam mimo wszystko nadzieję, że dzięki zdeterminowanym, oddanym sztuce artystom taka katastrofa nie nastąpi. Czas pokaże.

Esej autorstwa Jerzego Bonińskiego, który wybrałem na motto mojej wypowiedzi, ukazuje konstelację psychiczną tego artysty, jego determinację i umiłowanie sztuki. Mam głęboką nadzieję, że jego dzieła powstające „z doświadczenia i marzeń” spotkają się z państwa życzliwym, satysfakcjonującym odbiorem.

Zbigniew Gostomski, 15 września 2008

(tekst do katalogu wystawy w BWA w Bydgoszczy)

.

„Ciche, nieruchome życie” tak pięknie holenderscy malarze nazywali w XVII wieku gatunek malarstwa, który nieco później Francuzi utrwalili jako martwą naturę. Tradycyjnie było to malarstwo pogodnej estetyki zamożnych ludzi. Wazony, srebrne sztućce, porcelana, owoce, kwiaty, strzelby, martwe już zające kaczki – współczesność tamtych czasów.

Ktoś jednak po raz pierwszy wprowadził w grupę tych przedmiotów czaszkę – ludzką czaszkę…

Jerzy Boniński pokazuje tutaj fotograficzne martwe natury. Mają one wyrazisty, żywy, wręcz radosny kolor i bardzo ciekawą, wyszukaną formę. Podstawowym zaś walorem tych prac jest emocjonalna ciekawość niewiadomej – losów syna i ojca. Metaforycznie zaś mówi o konflikcie pokoleń, czy w ogóle kondycji człowieka. Tutaj autor od widza oczekuje współpracy. Tu trzeba nieco zwolnić, obrazy zobaczyć, zrozumieć – by czasem powiedzieć sobie- aha! A może jakiś ojciec po wyjściu z wystawy, już w domu, przytuli do piersi swego syna, nie bardzo wiedząc dlaczego. A to już jest wartość.

Doświadczenie człowieka historycznie się nie sumuje. Hamlet już wiedział to, że nie wie. Boniński też czyni czaszkę świadkiem swej niewiedzy. Gorzej – u Jurka to nie jest już czaszka – to jeszcze jest głowa. Wiele głów w geometrycznym porządku.

Autoportret Jurka jest spokojny, pokorny. Jest symbolicznym wyrazem jego intelektualnej refleksji. Może to ściana oczyszczającej spowiedzi. Może w ogóle jest to ściana niemocy, przed którą stoi i coś sobie do niej mówi. Są takie miejsca, po których stąpa się bosą nogą. Ale bosy był też człowiek stojący przed komorą gazową Stutthofu. Czy bosy to sprawiedliwy, ale i bezbronny? Autor prowokuje nas byśmy zadawali sobie takie pytania. Byśmy podobne zapisy chcieli odczytywać. Autor posługuje się przedmiotem już niemodnym, zużytym, kalekim, ale pełnym znaczeń i wspomnień. W czasie egzaminów, dorosłym już przecież studentom, towarzyszą często przyjaciele sprzed lat. Kiedyś student zaliczał pierwszy rok przedszkola. Ktoś, zwłaszcza młody, chce być przywiązany do jakiegoś misia. Sentymentalne? Człowiek powinien w pewnych chwilach okazywać taką pamięć.

„Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy?

Jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych?

Jak oddzielić nagle serce od rozumu?

Jak usłyszeć siebie pośród śpiewu tłumu?”

Grechuta też nie wiedział

Zastanawiam się nad ekspozycją zdjęć autora. Dlaczego autor ten swój ważny dialog z przeszłością zamknął w widocznie czytelnych ramach obrazu i za szkłem? Pewnie chciał ogrodzić w takiej właśnie przestrzeni swoje watki, te nieposkładane. Ten mur to tworzenie autonomii dla ciszy wspomnień. To taki bezpieczny grajdoł na morskiej plaży. Jest smutno, ale pogodnie. Niech to tak będzie – nie powinno się tego ruszać. Jest to rozdział przeżyty, trochę zrozumiały, trochę ukryty, choć dostępny każdemu. „Ciche nieruchome życie”.

Erazm Ciołek, 2 listopada 2007

(tekst do katalogu wystawy w BWA w Bydgoszczy)